Znani ludzie w Ojcowie

Chopin

List Fryderyka Chopina do rodziny opisujący jego pobyt w Ojcowie
(fragment)

W niedzielę po obiedzie, nająwszy sobie wóz chłopski czterokonny krakowski za 4 talary, paradowaliśmy w nim jak najwyborniej. Minąwszy miasto i piękne okolice Krakowa, kazaliśmy naszemu woźnicy prosto jechać do Ojcowa, sądząc, iż tam mieszka p. Indyk, chłop, u którego zwykle wszyscy nocują, gdzie i panna Tańska nocowała także. Nieszczęście chciało, że pan Indyk mieszka o milę od Ojcowa, a nasz woźnica nieświadomy drogi, wjechał w Prądnik, rzeczkę, raczej przeźroczysty strumień i nie można było znaleźć innej drogi, bo na prawo i na lewo skały.
Około godziny 9 wieczorem, spotkało nas tak koczujących i niewiedzących co czynić, jakichciś dwóch ludzi; ci ulitowawszy się nad nami, podjęli się przewodniczyć do pana Indyka. Musieliśmy iść piechotą dobre pół mili, po rosie, pośród mnóstwa skał i ostrych kamieni. Często rzeczkę po okrągłych belkach potrzeba było przchodzić i to wszystko w noc ciemną. Nareszcie po wielu trudach, kuksah i marudach, zaleźliśmy przecie do pana Indyka.
Nie spodziewał się tak późno gości. Dał nam pokoik pod skałą, w domku umyślnie dla turystów zbudowanym. Izabello!… Tam gdzie panna Tańska stała. Każdy więc z moich kolegów rozbiera się i suszy, przy ogniu roznieconym na kominku przez poczciwą p. Indykową. Ja tylko usiadłszy w kąciku, mokry po kolana, medytuję czy się rozebrać i suszyć czy nie; aż tu widzę, jak pani Indykowa zbliża się do pobliskiej komory po pościel. Tknięty zbawiennym duchem, idę za nią i postrzegam mnóstwo wełnanych czapek krakowskich. Czapki te są podwójne, niby szlafmyce. Zdesperowany, kupuję jedną za złoty, rozrywam na dwoje, zdejmuję buty, obwijam nogi, a przywiązawszy dobrze sznurkami, tym sposobem oswobadzam się od niechybnego przeziębienia. Przybliżywszy się do kominka, napiłem się wina, naśmiałem z poczciwymi kolegami, a tymczasem pani Indykowa posłała nam na ziemi, gdzieśmy się wybornie przespali.

Stanisław August Poniatowski

Opis pobytu w Ojcowie
króla Stanisława Augusta Poniatowskiego
(5 lipca 1787 r.)

Anno, dnia 5 lipca wyjechał Najjaśniejszy Pan z otaczającemi osobę Jego z Pieskowej Skały do zamku starostwa ojcowskiego, należącego do Jaśnie Wielmożnej Pani z Dembińskich hrabiny Załuskiej miejsca tego starościny. Na granicy starostwa powitał Najjaśniejszego Pana Jaśnie Wielmożny Pan Załuski kasztelan buski, syn Jaśnie Wielmożnej Pani starościny, wraz z Jaśnie Wielmożnym Panem Ożarowskim kasztelanem wojnickim, Jaśnie Wielmożnym Panem Dembińskim starostą wełeckim, Jaśnie Wielmożnym Panem Puszetem starostą zawichostskim i wielą innemi przytomnemi gośćmi, przy nieustannym biciu z armat, około godziny 10 z rana. Skąd prosto udał się Najjaśniejszy Pan ze wszystkiemi do jaskini podziemnej przygotowaną drogą i urobionemi, pomimo nieprzystępnej góry, wygodnemi ścieżkami. Która jaskinia skalista, jakoby ludzką ręką wyrobiona, cała gęsto iluminowaną była, w głębokości zaś onej cyfra Najjaśniejszego Pana kolorami ozdobiona z napisem:
„Antra patent, Auguste, Tuo de lumine,
princeps nomen et aeternum pervia saxa ferent,
saxa et solitudines voci responde[bu]nt – Vivat!”
[„Królu! otworem stoją groty w Twym obliczu świetne;
roznosić będą skały w świat imię pamiętne”]
– za którą muzyka na dętych instrumentach słyszeć się dała.
Miejsce to osobliwsze przed kalcynacyją wody kroplami z sklepienia jaskini cieknącej, z mocnym ukontentowaniem Najjaśniejszego Pana uważane było, oraz stosy kamieni z tej wody uformowane dużo go zastanawiały, w których natura upodobała sobie różne osobliwości.
Przy wyjściu z tej jaskini znajdowała się pomieniona gospodyni miejsca tego Jaśnie Wielmożna Pani Załuska starościna ojcowska, która pospieszyła z zamku na to miejsce dla powitania Najjaśniejszego Pana, skąd – uważywszy okoliczne miejsca tego szczególne położenia – pojechał Najjaśniejszy Pan do zamku. Gdzie przywitawszy się z Jaśnie Wielmożną Panią Załuską kasztelanową buską w zamku oczekującą oraz z przybyłemi gośćmi, jako to Jaśnie Wielmożnym Panem Małachowskim wojewodą krakowskim, Żeleńskim kasztelanem bieckim i wielą innemi, zabawiał się starożytnościami zamku tego, tydzież oglądaniem przygotowanej kollekcyi stallektyllów i krystalizacyi.
Nastąpił potym wspaniały obiad przy spełnianiu zdrowia Najjaśniejszego Pana i hucznym z dział biciem, po którym i kaffie, Najjaśniejszy Pan zatrudniał się w apartamencie dla siebie zgotowanym ekspedycyją nadeszłą. Po skończonej ekspedycyi udał się Najjaśniejszy Pan do kaplicy zamkowej, gdzie z gospodynią domu tego Jaśnie Wielmożną Panią hrabiną Załuską starościną ojcowską trzymał do chrztu córkę Jaśnie Wielmożnych Państwa Załuskich kasztelaństwa buskich, którą chrzcił Jego Wielebność biskup Naruszewicz pisarz Wielkiego Księstwa Litewskiego. Po której ceremonii, zabawiwszy nieco, Najjaśniejszy Pan pożegnał gospodynią domu oraz przytomnych gości i przy radosnych okrzykach zgromadzonego ludu, a nieustannym zawsze z armat biciu, odjechał na noc do Pieskowej Skały, dla pozostałych tam ekwipażów, którego Jaśnie Wielmożny Pan kasztelan buski aż do granice starostwa odprowadził i tamże miał honor pożegnać z przyjaciółmi.

[prawd. x. Zygmunt A. Włyński, pleban smardzowicki]

Robert Makłowicz

„Tak blisko, tak daleko”

Austriacy mówili mi, że jeszcze nie tak niedawno widać było, którą część ich kraju okupowali Sowieci. Gorsze tam były drogi, mniej równe chodniki. Tę obecność dziś znać już chyba tylko w piwnicach z winami – w postsowieckiej strefie nie ma trunków starszych, niż z 1946 r.
Dzisiejszy wygląd województwa miejskiego krakowskiego przypomina mi nieco sytuację Austrii sprzed czterdziestu lat. Dzieli się ono mianowicie na dwie zdecydowanie różne części, by najkrócej je nazwać: jadalną i niejadalną. Tak się przedziwnie, choć właściwie zupełnie logicznie i całkowicie zrozumiale składa, że znacznie większa, jadalna, była kiedyś w Galicji, a malutka w Kongresówce, czyli zaborze rosyjskim.
W ostatnią niedzielę bawiłem na kilkugodzinnej wycieczce w Ojcowie i Pieskowej Skale. Jest to akurat ten kawałek województwa, którym władali Romanowowie. Nie trzeba wspominać, jak tam ładnie, choć nie wszędzie, bo taka np. Skała sprawia niezwykle przygnębiające wrażenie, ze swymi typowo królewiackimi bieda-domkami w centrum i zwykłymi ruderami na obrzeżach, dziurawymi ponad normę jezdniami i przedziwną atmosferą, w której jeno wyć się chce, co zresztą wczesnym popołudniem czynił pan w kaszkiecie, umiejscowiony na balkonie lokalu z wyszynkiem, który znajduje się w samym rynku. Ot, taka bardziej zaniedbana stara Częstochowa. Inny świat.
Ale wróćmy do Ojcowa i Pieskowej Skały. Chcieliśmy pogapić się na maleńkie jeszcze listki brzóz z murów zamku, spod brzóz pogapić się na sam zamek, dotknąć dłonią nurtu Prądnika, sprawdzić, czy aby nie rozsycha się Maczuga Herkulesa i ewentualnie przepłoszyć jakieś zwierzęta dzikie, chodząc wolno wśród wapiennych wąwozów.
To wszystko okazało się niemożliwe. Wąską drogą monotonnie sunął sznur samochodów w poszukiwaniu parkingu, do zamku stała ludzka kolejka, a nad wszystkim unosiła się atmosfera niedzielnej zakładowej wycieczki. Padła więc propozycja, byśmy te kilka godzin wywczasu spędzili w którejś z miejscowych restauracji. Zmartwiałem, słysząc te słowa.
W Pieskowej Skale jest tylko jedna restauracja, na zamku.
Od lat kilkudziesięciu właściwie nic się tam nie zmieniło. Że na zamku, to dobrze, ale że w restauracji, to doprawdy nie najlepiej. Gdy ostatnio tam byłem, do stołów nadal podawały kobiety w udrapowanych bistorowych zasłonach (podobny model obowiązuje w dalszym ciągu w „Wierzynku” na dole, może to nawet projekt tego samego artysty, mógł nawet dostać zań medal im. Janka Krasickiego), wianko-czepkach na głowach i rzadko już widywanych butach ortopedycznych na nogach, które przysługiwały każdemu z gastronomii, jak w innych branżach Javox czy waciaki lub gumofilce. W środku taki był zaduch, że gdyby go spuścić z murów, zgniótłby armię Kara-Mustafy.
Druga restauracja w okolicy mieści się po prawej stronie, gdy wyjeżdżać z Ojcowa, przy drodze, która dochodzi do szosy olkuskiej. Pamiętam ją od dziecka, niezmiennie tkwi w pawilonie o podobnej estetyce, co kwiaciany klomb w oponie z jelcza. Jadłem tam kilkakrotnie, zawsze odczuwając spory żal do kucharza.
Ale jest w Ojcowie jeszcza jedna knajpa, nowa, a zwie się „Zajazd Zazamcze” (Ojców 1). Przestronny, biały, trochę nowobogacki budynek, z zadbanym, by nie rzec, wymuskanym trawnikiem, przed drewniany ogródek z parasolami. Tam postanowiliśmy spędzić popołudnie.
Było dobrze, ale właściwie nie. Dobrze – bo „Zazamcze” jest bezspornie najlepszym miejscem do jedzenia w całym Ojcowskim Parku Narodowym, a nie – ponieważ generalnie nie jest to wcale miejsce dobre. Menu sztampowe, barszczowo-żurkowo-brizolowo-szatobriandowe (jak podejrzewałem, a potwiedził to kontakt słowny z panią kelnerką, polędwicę do chateaubrianda rozbijają tam tłuczkiem!). Zacząłem więc żurkiem (3 zł), nawet niezłym, bo kwaśnym, z jajkiem, kiełbasą i niespotykanym w naszych stronach dodatkiem ziemniaków puree. Skosztowałem gotowanej golonki (za dwie o wadze 92 dkg zapłaciliśmy 23 zł). Mięso różowe, czyli wcześniej peklowane, lecz twardawe. Brakowało mu niewiele – porównując brak ten z upływem czasu, mierzonym od ugotowania przez człowieka pierwszej golonki – bo jedynie ok. 30-40 min. Lecz ten ułamek maleńki tysiącami lat mierzonej historii gotowanych kolan przesądził, że kąsałem tę właśnie, konkretną ojcowską golonkę bez przekonania, a raczej dla zabicia czasu.
Z tym większą ochotą rzuciłem się na pstrąga (45 dkg – 22,50 zł). Omączony i tak usmażony, z wierzchu chrupał smakowicie, lecz w środku dziwnie jakoś był galaretowaty. Zjadłem pół i więcej nie chciałem. Nie, żeby był niedobry, ale jakiś nieprzekonywujący. Dopchałem całkiem przyzwoitymi,
czyli na nie za zimny tłuszcz wrzuconymi frytkami (3 zł). I przypomniałem sobie te wszystkie knajpy, które ostatnio powstały w okolicach Myślenic, Stróży, przy zakopiance”. Trzydzieści kilka kilometrów od Krakowa.
Tyle, mniej więcej, co Ojców. Tak blisko, tak daleko.

Dodaj komentarz